13 września 2014

w niekończącej się przestrzeni


Młoda i piękna była. Miała taka aurę, że nie można było odciągnąć od niej wzroku.
Gdy spotkałam ją po latach.... brak słów...

W przestrzeni niekończącej się nadziei brakowało miejsca na kolejny dzień stawiania czoła. 
Miała już dość. 
Niczego już nie była pewna. Ani tego, że się uda. Ani tego, że jakoś to będzie. 
Nieprzerwana walka nie przynosiła efektów. A Ona nie wiedziała ile jeszcze będzie w stanie wytrzymać. 

Wszystko miało być inaczej. Miała mieć cudowne życie. Była pretendentką numer jeden do nagrody, jaką jest szczęście. Wszyscy zawsze jej powtarzali, że tacy ludzie jak ona, nie giną w przestworzach świata. Że im to zawsze manna z nieba. Że nad takimi czuwa jakaś tajemna moc. I z tą myślą właśnie wchodziła w życie.
Nie mogę sobie przypomnieć kiedy dokładnie wszystko zaczęło się sypać. Czy wtedy gdy zmarła jej mama, czy jeszcze wcześniej, jak narzeczony zostawił ją z dnia na dzień z pierścionkiem na palcu i dzieckiem w brzuchu. Tak czy inaczej, któregoś dnia obudziła się z myślą, że nie jest w stanie zrobić kolejnego kroku w codzienność. 
Wszystkiego zaczęła się bać. Przerażały ją drobne rzeczy. Przerażać zaczęły ją nawet przyjemności. 
Zaczęła budzić się zlana potem. I z wielkim trudem myśleć o tym, że musi pojechać do sklepu, bo skończyły się ziemniaki. 
Jedynie jej córeczka była wciąż powodem do radości i dumy. 
Patrząc na nią jak niezdarnie ściele swoje łóżko, jak stając na palcach wyciąga dżem z lodówki i próbuje robić kanapkę - wciąż odszukiwała resztki sił. Uśmiechała się nawet. 

Ale nadszedł dzień, że już nawet to uczucie stało się wiotką gałązką słaniającą się na wietrze. 
Nawet córka przestała być powodem do czegokolwiek.
Nie wiedziałam dokąd prowadziła ją ta droga. I czy tajemna moc czuwająca nad nią w młodości zwiała na zawsze. Czy kiedyś coś miało przynieść poprawę. Czy... ona kiedykolwiek jeszcze podniesie się z łóżka obudzona promieniami słońca w świadomości, że to będzie piękny dzień. Nie wiedziałam.
Nie mogłam tego zrozumieć. Ogarnąć swoim umysłem.
Nie umiałam mieć nadziei. Ani w swoim ani w jej imieniu. Nadzieja podobno umiera ostatnia... Wydawało mi się jednak, że jej umarła dawno temu. Została tylko Ona. Z całą bezsilnością istnienia. 

Mówi się, że jak człowiek osiągnie dno, to nic mu nie pozostaje jak się tylko od niego odbić. 
I ona miała swoje dno. W tamtej chwili, w tamtym momencie, trwała Ona i jej dno. I nic poza tym. 
Dno. Ostatni etap. Który u niej wydawał się niekończący. Może są takie dna, że się w nich zostaje...? I właśnie wtedy...

Bezsilnie... bez chęci jakichkolwiek... zacisnęła pięści... z przymusu chyba jakiegoś...
Napięła mocno mięśnie rąk. Nóg. Wszystkiego. I odbiła się jak najwyżej mogła. W moment, gdy więcej rzeczy było powodem niż przeszkodą. 

I wygrała.
Pokonała samą siebie.
Zrozumiała. 
Zrozumiała, że jak dojdzie się do ściany, to walka nie jest wyborem. Walka jest jedynym co mamy. Choć walczyło się 5 poprzednich lat i nic. Nie ważne! Nic innego nie nam nie pozostaje...
Bo poddanie się to nie wybór... 
to zwykły brak wyboru. Jakkolwiek to brzmi. 

Dziś w dużym domu smaruje kanapki dżemem własnej roboty. Córka pakuje plecak i podaje jej małą pieluszkę mówiąc, że jak nie przewinie tego smroda to jej nos odpadnie.
Zaraz przewinie. Ale teraz pęka ze śmiechu, że takie to wyrosło przemądrzałe...
Pęka ze śmiechu.
Jak kiedyś.
I ta jej aura rozświetlająca otoczenie, wróciła. 

Pytam ją: Jak??
Odpowiada: Cały czas pamiętałam siebie sprzed lat. Wiedziałam, że skoro taka byłam, to znaczy że taka mogę być. 

To przecież takie proste. I zarazem najtrudniejsze na świecie. Wierzyć w siebie tak bardzo, że aż wygrać życie. 



I co z tą nadzieją? Kiedy ona umiera? A wiara w siebie? 
Moim zdaniem wiara w siebie, w człowieku jest zawsze! Cały pic polega jednak na tym, żeby nauczyć się z niej korzystać. 
I nigdy nie poddawać się. Nie czuć się przegranym. Bo sam wysiłek o coś, nawet jak się to coś nie uda, jest wygraną. 
Wygraną wiary nad poddaniem.
I nawet jak stracimy wszystko...
z dnia na dzień...
czy też w długim procesie...
to zawsze pozostaje nam wiara i nadzieja. Tego nikt i nic nam nie odbierze. Bo "umiera ostania" oznacza dla mnie, że umiera tuż po mnie. 

I że trzeba uczyć się całe życie.... żyć.  




6 września 2014

Niagara



Chciałabym coś napisać o Niagarze, o Kanadzie, o hotelu w którym mieszkaliśmy, o tym jaka byłam mokra od wody i łez jak już zobaczyłam wodospad z bliska. I o tym jak Zosia płakała całą drogę na statku. I że poznaliśmy fajną rodzinę Polaków nad tym wodospadem. I że gorąco było. I że...

19 sierpnia 2014

pod koniec


Dni wakacji mijają. Upał w dzień. Chłód wieczorem. Myśli się ciężej niż jesienią. Widzi się dobitniej. Jakby endorfinami. Chce się więcej, choć ten upał. Ale wiadomo, że jesienią będzie chciało się mniej więc tak na zapas się chce. 
I przeżywa się bardziej te resztki lata. 
I dziś pomyślałam, że resztki są zawsze najważniejsze. I że to bez sensu. Mocniej uwielbiać czy doceniać coś bo zaraz tego nie będzie? 
Ale co zrobić... człowiek jest tak skonstruowany, że jak ma czegoś dużo to o tym nie myśli. Myśli, jak już się coś kończy. I wtedy nachapać się nie może. I wtedy mu mało. No mało, mało, jak do głowy mu przychodzi piękno pod koniec. 

I niby każdy z nas ma kontrolę. Nad życiem. Nad sobą. Nad radością i rozpaczą. A nad głupim latem mieć ciężko. Jak się człowiek pokapował pod koniec sierpnia, że tyle jeszcze się chce zobaczyć, przeżyć, zwiedzić... a tu już tornistry czas pakować i drewno do kominka zamawiać. 

Żeby tylko jesień umieć od samego początku widzieć jak pod koniec. 



Nasze zdjęcia z Atlantic City, New Jersey. 





















iwona wisniewska

14 sierpnia 2014

somewhere over the rainbow










Tragizm człowieka pesymisty polega na tym, że cokolwiek mu powiesz, jakiekolwiek argumenty przedstawisz, on nigdy nie postara się zrozumieć,
bo on swoje wie,
bo jemu nie zdarzają się przecież piękne momenty, 
bo to życie takie jest jakie jest. I pod górę ciągle. I nie ma co nawet zaczynać szukać szczęścia, bo przecież w jego przypadku niemożliwe jest znaleźć. 
Bo inni nic nie wiedzą o życiu. Nic nie rozumieją. Bo oni tylko umieją mu dokopać tymi swoimi mądrościami. Pogrążyć. Zdołować. 

5 sierpnia 2014

pół sekundy





Te krótkie, wyrywkowe momenty. 
Pomiędzy łzami dziecka wsiąkającymi w mój nowy sweter a kulką loda, która właśnie wypadła. 
Pomiędzy nerwowym ponaglaniem i szybkim gryzem gofra. 
Pomiędzy racją i jej brakiem. 
W momencie gdy jednej znikają łzy, druga pocieszona, trzeciej wytłumaczyłam...

21 lipca 2014

Siostry



Biegną, krzyczą, wyrywają sobie włosy.
Mama, ona to. Mama ona tamto. 
Płaczą, kopią, wyrzekają się pokrewieństwa. 
Nienawidzę Cię. Jesteś głupia. Wolałabym, żeby Ciebie nie było.
Leżą na podłodze waląc piętami i wrzeszcząc w konwulsjach.
Jeszcze mnie popamiętasz. Nie daruję Ci. Zobaczysz!
Wpadają do kuchni blade, czerwone, purpurowe. W złości, słabości, i rozpaczy.

Siostry.

15 lipca 2014

America full of happiness fighters



Mój tata wyleciał do USA kiedy miałam 7 lat. To były trudne chwile. Ciągle wierzyłam, że kiedyś wróci. Dostawałam paczki z pomarańczami, cytrynami, szynkami i zabawkami. I listy z włożonymi pomiędzy strony dolarami. Chodziłam co jakiś czas na zakupy do Pewexu i kupowałam pachnące mydełka, perfumy i lalki. Ale ciągle wierzyłam, że on kiedyś wróci. 
Losy człowieka jednak układają się bardzo różnie. Są tacy co wyjeżdżają i wracają. Mój tata nie wrócił nigdy. Ale to nie była decyzja Taty, to była wspólna decyzja moich rodziców. Jestem pewna, że zrobili co mogli, byśmy z bratem nie odczuli tego rozstania. I ja do niedawna jeszcze byłam przekonana, że to się udało. Ale dziś wiem, że odczułam to znacznie. Wszystko to ze mnie wychodzi do dziś. Ale to już zupełnie inna historia. I z pewnością nie na dziś. 

11 lipca 2014

W tym tygodniu...



















W tym tygodniu codzienność przeplotła się z niecodziennością. 
I tak też dziś na blogu - zwykłe dni przecięte dużym przyjęciem.
A że przyjęcie było bez dzieci, to nie wiadomo było co zrobić z aparatem, bo jakoś tak jest, że od zawsze zdjęcia robi się dzieciom... więc ja ten aparat zostawiłam w kącie ale przechwycił go mąż i zrobił mi chyba ze 100 zdjęć. Oj nie pamiętam kiedy tak mnie fotografował intensywnie ;)

5 lipca 2014

2



Gdzie mama? gdzie mamaaa?
No jak to gdzie? mama pisze...
Ostatnia konwersacja moich córek. Mama pisze. 
Nie sądziłam, że kiedykolwiek spełni się akurat to moje marzenie. Że będę pisać. I że przede wszystkim ktoś mnie będzie czytać.
Bo kochać coś robić to jedno. A mieć odbiór to zupełnie co innego.
I powiem wam szczerze, że bez tego odbioru nie wiem czy byłabym spełniona w swojej pasji. 
Bo niby człowiek nie powinien na takiej podstawie budować swojej przyszłości, to jednak ogromnie ważne jest to, by ktoś inny widział, reagował, od czasu do czasu powiedział coś miłego. Bo to szalenie motywuje. Dodaje skrzydeł.

27 czerwca 2014

Washington DC



Dla mnie i mojego męża nigdy dzieci nie były przeszkodą w poznawaniu świata. I zupełnie nie rozumiem rodziców, którzy czegoś nie robią, z czegoś rezygnują, a nie rezygnując na każdym kroku narzekają....bo dzieci. 
Dużo w życiu jestem w stanie zrozumieć, ale tego nie rozumiem. I też tego, że ktoś mi powie - ale Twoje dzieci są inne, to co innego z Twoimi a z moimi.  .....  Że jak?? Że moje, to nie płaczą? nie krzyczą? nie kłócą się? nie drą się na cały głos że głodne i że jak nie dam jedzenia to zadzwonią na 911?