18 października 2014

NOWY ADRES BLOGA

Jeszcze raz przypominam (i będę robić to przez najbliższe dwa tygodnie) że adres bloga zmienił się.
Wszystkich którzy mój blog obserwują poprzez obserwatorów google, proszę o dodanie nowego adresu ręcznie. Na dole podaję instrukcję jak to zrobić.
Jeżeli tego nie zrobicie, nie będziecie dostawać powiadomień o nowych wpisach.
Pozostałe funkcje jak google+ , fanapage i instagram się nie zmienią.
Bloglovin prawdopodobnie się zmieni ale wciąż nad tym pracujemy. 
Nowy adres bloga to: 

www.onamasile.com


Poniżej instrukcja od twórcy strony: 

Witam wszystkich zainteresowanych dodaniem bloga do obserwowanych, mi się udało więc wszystkim też powinno się udać. Wchodzimy na bloggera -> Lista czytelnicza -> Dodaj -> wklejamy adres kanału rss bloga czyli http://www.onamasile.com/feed/ i zatwierdzamy, jeśli wyskoczy komunikat o braku kanału klikamy na „Zarządzaj” (po prawej stronie koło zębate) i tam dodajemy ponownie ten adres (na na samym dole listy jest przycisk DODAJ) W razie problemów proszę o kontakt, jako twórca bloga chętnie pomogę, wszelkie zapytania proszę kierować na kontakt@zoomgeestudio.com    
WordPress ma trochę inną strukturę jeśli chodzi o kanał rss, ale myślę że ta instrukcja powinna pomóc. Pozdrawiam.



16 października 2014

ZMIANA ADRESU BLOGA

Przypominam raz jeszcze, że blog ona ma siłę zmienił adres.
Osoby które dodały mój blog do listy obserwowanych blogów ( tzw. obserwatorzy google) proszę o ręczne dodanie nowego adresu. Niestety na nowym blogu nie będzie opcji obserwatorów. Ale oczywiście każdy może wpisać mój nowy adres i nadal będą wyświetlały mu się powiadomienia o nowych postach.  Jeżeli chodzi o kręgi google, nic się nie zmieni.

Pozdrawiam wszystkich i zapraszam bardzo serdecznie na www.onamasile.com 
Jest już nawet nowy post :) 


14 października 2014

NOWY ADRES BLOGA

Nadszedł czas na zmiany :) Od dziś chcąc czytać blog ona ma siłę, proszę wchodzić na onamasile.com
Znajdziecie tam nową, spokojniejszą odsłonę bloga, ale cała reszta się nie zmieni :) pisać będę z pewnością tak samo!

Osoby które dodały mój blog do listy obserwowanych blogów ( tzw. obserwatorzy google) proszę o ręczne dodanie nowego adresu. Niestety na nowym blogu nie będzie opcji obserwatorów. Ale oczywiście każdy może wpisać mój nowy adres i nadal będą wyświetlały mu się powiadomienia o nowych postach.  Jeżeli chodzi o kręgi google, nic się nie zmieni.

Prawdopodobnie jeszcze w tym tygodniu zostanie uruchomione automatyczne przekierowywanie z obecnego bloga na nowy.  Ale po około pół roku obecny blog zostanie usunięty.

Wszystkich serdecznie zapraszam! :)

www.onamasile.com

4 października 2014

reason




Kiedy czujesz, że nie możesz, że za chwilę pęknie Ci serce, 
I słoneczny dzień październikowy staje się zamglonym trudnym dniem, 
I dom, który właśnie kupujesz nie ma znaczenia ani krztyny,
I plany, marzenia, cuda świata... milkną u progu wydarzeń, 
I nie wiesz, w którą stronę odwrócić głowę, 
I ile dziś makijażu spłynie Ci po policzku,
I że wypłakać możesz tylko 10% łez przy dzieciach i musisz znaleźć w domu "kąt na płakanie",
gdzie Cię nie znajdą, nie nakryją i nie będą za dużo pytać,

30 września 2014

Babcia



O tym, co było i czego już nie będzie, myślę bardzo często. 
O moim dzieciństwie i szaleństwie w stogach siana. O tym jak miałam 6 lat i postanowiłam usmażyć u babci placki i prawie spaliłam jej dom. O tym jak z kuzynką przemierzałyśmy wieś w poszukiwaniu przeżyć, i zawsze, ale to zawsze mówiłyśmy tuż przed wyjściem stojąc przy drodze: idziemy na poszukiwanie przygód!
O domu moim rodzinnym. 
Przesuwaniu listów po sznurku z okna do okna.
O arbuzie, po którego trzeba było stać w kolejce dłuższej niż moje dzieci dziś są w stanie sobie wyobrazić.
O lodach za złotówkę.
O syfonie, który pół miasta piło z jednej szklanki.

I o tym co będzie, co przyniesie życie, myślę równie często.
DOM. Wkrótce zmieniamy dom. Jak to wszystko będzie...
Agrest. Czy zakwitnie w przyszłym roku? Czy jeszcze w tym domu, czy już w nowym?
Córka. Kiedy nauczy się chować buty do szafki? ... nigdy chyba już.
My. Czeka nas coś nowego? Gdzie będziemy, z czym i jak za 5 czy 10 lat?
Firma. Rozwinie się. Czuję to. 
Dzieci. Dzieci moje urosną. W inczach ich zdaniem a centymetrach moim. 

I jak pomyślę sobie, że można być w takim momencie życia, że człowiek zupełnie nie wie nic, to mi słabo aż.  
I że można bać się myśli. Myśli zwyczajnych, codziennych.. W ogóle bać się myśleć o czymkolwiek. I najchętniej chciałoby się zasnąć na jak najdłużej i obudzić się jak już wszystko będzie dobrze. 
Że przyszłość może wydawać się kolosalnym bezkresnym oceanem bez ani jednej przystani.
Że może być tak, że najzwyczajniej.... nie zdąży się zobaczyć kwiatów na przyszłorocznym agreście. 
Że chciałoby się wiedzieć, co z tą Ukrainą będzie, i nie wiadomo czy się tego doczeka. 
I że pierwszy raz w życiu, nie zastanawia się, czy zrobią nowy sezon "Mam talent".... bo ta wiedza nie ma żadnego znaczenia.. 
Bo nowy sezon życia jest potrzebny, by nowym sezonem "Mam talent" móc się przejmować.

I jak widzę łzy te wielkie i codzienne...
i potykam się co rano o kroplówkę,
i podaję sok z lodem (zawsze przez pomyłkę w kostkach zamiast kruszonym), 
i robię papki z mięsa, warzyw i ziemniaków,
i jak wychodząc z domu 8 razy upewniam się, czy telefon leży na stoliku tuż pod ręką...
to wtedy mam wrażenie, że wszystko wokół nas, tuż nad głową, pod stopami, za rogiem... mocno sprzyja... 
tylko może nie jesteśmy chorzy na tyle, by wiedzieć, z której strony to życie chwytać. I co tak naprawdę jest ważne.



................................................

Pierwsza łza,
druga,
trzydziesta piąta,
za każdym razem gdy wnuczka pojawia się w pokoju.
Gdy pokazuje ząb, który wypadł, albo tylko przemknie pozostawiając wiatr i rozproszone powietrze.
Pierwsza myśl,
druga,
.....
Komunia za dwa lata, wesele kiedyś, chrzciny może - a jeżeli - to ile dzieci będzie miała.... czy zdążę to wiedzieć...?

..................................................



Z każdą jej myślą, łzą i oddechem staję się bardziej świadomym człowiekiem. Mądrzejszym. Silniejszym. 
I coraz mi trudniej.

I coraz intensywniej i szybciej chcę pokazać moim dzieciom, że życie trzeba celebrować każdego jednego dnia. 
I że koniec końców nie ważne czy rozmowę telefoniczną odbierzemy z najnowszego modelu telefonu.
Że ważniejsze jest kto zadzwoni. Czy zadzwoni. Na jak długo. 
I czy będzie komu dopilnować, żeby ten telefon zawsze był w zasięgu dłoni. 

A potem wracam do obowiązków. Do przetartego mięsa z ziemniakami. Do wizyty u dentysty. Do banku. Po drodze dzieci ze szkoły. Do odrabiania lekcji. Do układania włosów. Do zamówienia nowej piżamy. Do myśli, jaką podłogę będę mieć w nowym domu. Wracam do zwykłości. I zapominam znów...
Aż do jutra. 
Gdy idąc z kuchni do pokoju, kolejny raz potykam się o kroplówkę.

Kroplówkę, którą sama podaję, wstrzykuję, przyciskam, dozuję, włączam i odłączam. Za każdym razem myśląc... że człowiek nawet by nie pomyślał, że kiedyś będzie takie rzeczy umiał. 
I przychodzi mi na myśl też, że plany na przyszłość są jedną z najprzyjemniejszych rzeczy na świecie. Myśli o tym co ja zrobię jutro, gdzie będę, co chcę zobaczyć w kinie, w przyszłym roku... jaką sukienkę nałożę na zbliżające się wesele.

Móc pozwolić sobie myśleć - przecież to aż śmiesznie brzmi, że to niby luksus. 


iwona wiśniewska

24 września 2014

Znak



No dobra. Napiszę. 
Miałam nie pisać, choć od początku wiedziałam że to do mnie nie podobne. Ale próbowałam. Jestem emocjonalna do bólu. Zdarza mi się myśleć dopiero po czynie. 
I nadwrażliwa jestem. Oczy załzawione mam kilka razy dziennie. Wzrusza mnie prawie wszystko. I piękne i trudne momenty i śmieszne i ulotne...
Przy dobrych wydarzeniach szaleję ze szczęścia. Chcę o tym pisać. Mówić. Krzyczeć!
Podobnie przy wydarzeniach ciężkich... Nie umiem zbyt długo przeżywać wewnętrznie. Natychmiast muszę rozproszyć szczęście czy nieszczęście po kościach własnych i kościach najbliższych...
Muszę mówić. Przerabiać. Przegadywać. Chwalić się. Ubolewać. I to najlepiej głośno. 
Dlatego jak powiedziałam sobie, że będę milczeć i nic nie powiem, to sama się zdziwiłam. 
No ale ja to ja. I nie wytrzymałam. 
Tak mnie rozpiera, że nie mogę się opanować.... 

Napisałam książkę. I wydawnictwo "Znak" chce ją wydać! 
Nie wierzę! Znak wydaje Wiesława Myśliwskiego! I gdzie tam taka ja ... 

Przyjaciółka na myśl o mojej książce sms-y piękne do mnie pisze, pyta o okładkę, wyobraża sobie moje nazwisko na niej..
Mąż już z 50 razy powiedział, że to jest jakiś szok.
Gdy ja milczałam, on powiedział mojemu tacie. Dumny taki ze mnie. 

A ja...? A do mnie nie dociera. Bo może dla wielu z was to nie jest powód do emocjonalnego wybuchu :)
Ale dla mnie... dla mnie to jest spełnione marzenie z dzieciństwa. 
I ja wiem, że na wyrost...
Że nie mam niczego w dłoni..
Że żadnej umowy nie podpisałam jeszcze...
Że dopiero korektę wstępną dostałam i oburzyłam się już przy pierwszych dwóch stronach ;)
I że jak nie wynegocjuję swojego stylu pisania, to nici z tego "Znaku"...
Że jeszcze różnie może być...
Że nie powinno się mówić o czymś, co ma się dopiero zdarzyć...

Ale!!!

Ja nie mogę! Nie mogę wam nie powiedzieć! Bo to Wy stoicie za tym niespodziewanym wydarzeniem. I ja wiem, że ja tę książkę napisałam sama. Ale wiem też, że gdyby nie Wy to nie uwierzyłabym pewnie w to, że jakieś wydawnictwo mnie zechce. 
Wasze maile, komentarze, wiadomości ... i to, że o tę książkę pytaliście... Ja wiem, że to jest połową mojego sukcesu.

I nie chcę banalnie dziękować. Chcę tylko, żebyście wiedzieli, że czuję szczęście i wdzięczność. Że was mam. I że ta książka się ukaże:):) 
I że pęknę zaraz tu z radości!!!! 

I że spełniające się marzenie...... ach brak słów :) 




Nasz ostatni weekend u mojego taty.  Z rodziną i różową piłką ;) która nieustannie się tam gdzieś zaplątywała. 


13 września 2014

w niekończącej się przestrzeni


Młoda i piękna była. Miała taka aurę, że nie można było odciągnąć od niej wzroku.
Gdy spotkałam ją po latach.... brak słów...

W przestrzeni niekończącej się nadziei brakowało miejsca na kolejny dzień stawiania czoła. 
Miała już dość. 
Niczego już nie była pewna. Ani tego, że się uda. Ani tego, że jakoś to będzie. 
Nieprzerwana walka nie przynosiła efektów. A Ona nie wiedziała ile jeszcze będzie w stanie wytrzymać. 

Wszystko miało być inaczej. Miała mieć cudowne życie. Była pretendentką numer jeden do nagrody, jaką jest szczęście. Wszyscy zawsze jej powtarzali, że tacy ludzie jak ona, nie giną w przestworzach świata. Że im to zawsze manna z nieba. Że nad takimi czuwa jakaś tajemna moc. I z tą myślą właśnie wchodziła w życie.
Nie mogę sobie przypomnieć kiedy dokładnie wszystko zaczęło się sypać. Czy wtedy gdy zmarła jej mama, czy jeszcze wcześniej, jak narzeczony zostawił ją z dnia na dzień z pierścionkiem na palcu i dzieckiem w brzuchu. Tak czy inaczej, któregoś dnia obudziła się z myślą, że nie jest w stanie zrobić kolejnego kroku w codzienność. 
Wszystkiego zaczęła się bać. Przerażały ją drobne rzeczy. Przerażać zaczęły ją nawet przyjemności. 
Zaczęła budzić się zlana potem. I z wielkim trudem myśleć o tym, że musi pojechać do sklepu, bo skończyły się ziemniaki. 
Jedynie jej córeczka była wciąż powodem do radości i dumy. 
Patrząc na nią jak niezdarnie ściele swoje łóżko, jak stając na palcach wyciąga dżem z lodówki i próbuje robić kanapkę - wciąż odszukiwała resztki sił. Uśmiechała się nawet. 

Ale nadszedł dzień, że już nawet to uczucie stało się wiotką gałązką słaniającą się na wietrze. 
Nawet córka przestała być powodem do czegokolwiek.
Nie wiedziałam dokąd prowadziła ją ta droga. I czy tajemna moc czuwająca nad nią w młodości zwiała na zawsze. Czy kiedyś coś miało przynieść poprawę. Czy... ona kiedykolwiek jeszcze podniesie się z łóżka obudzona promieniami słońca w świadomości, że to będzie piękny dzień. Nie wiedziałam.
Nie mogłam tego zrozumieć. Ogarnąć swoim umysłem.
Nie umiałam mieć nadziei. Ani w swoim ani w jej imieniu. Nadzieja podobno umiera ostatnia... Wydawało mi się jednak, że jej umarła dawno temu. Została tylko Ona. Z całą bezsilnością istnienia. 

Mówi się, że jak człowiek osiągnie dno, to nic mu nie pozostaje jak się tylko od niego odbić. 
I ona miała swoje dno. W tamtej chwili, w tamtym momencie, trwała Ona i jej dno. I nic poza tym. 
Dno. Ostatni etap. Który u niej wydawał się niekończący. Może są takie dna, że się w nich zostaje...? I właśnie wtedy...

Bezsilnie... bez chęci jakichkolwiek... zacisnęła pięści... z przymusu chyba jakiegoś...
Napięła mocno mięśnie rąk. Nóg. Wszystkiego. I odbiła się jak najwyżej mogła. W moment, gdy więcej rzeczy było powodem niż przeszkodą. 

I wygrała.
Pokonała samą siebie.
Zrozumiała. 
Zrozumiała, że jak dojdzie się do ściany, to walka nie jest wyborem. Walka jest jedynym co mamy. Choć walczyło się 5 poprzednich lat i nic. Nie ważne! Nic innego nie nam nie pozostaje...
Bo poddanie się to nie wybór... 
to zwykły brak wyboru. Jakkolwiek to brzmi. 

Dziś w dużym domu smaruje kanapki dżemem własnej roboty. Córka pakuje plecak i podaje jej małą pieluszkę mówiąc, że jak nie przewinie tego smroda to jej nos odpadnie.
Zaraz przewinie. Ale teraz pęka ze śmiechu, że takie to wyrosło przemądrzałe...
Pęka ze śmiechu.
Jak kiedyś.
I ta jej aura rozświetlająca otoczenie, wróciła. 

Pytam ją: Jak??
Odpowiada: Cały czas pamiętałam siebie sprzed lat. Wiedziałam, że skoro taka byłam, to znaczy że taka mogę być. 

To przecież takie proste. I zarazem najtrudniejsze na świecie. Wierzyć w siebie tak bardzo, że aż wygrać życie. 



I co z tą nadzieją? Kiedy ona umiera? A wiara w siebie? 
Moim zdaniem wiara w siebie, w człowieku jest zawsze! Cały pic polega jednak na tym, żeby nauczyć się z niej korzystać. 
I nigdy nie poddawać się. Nie czuć się przegranym. Bo sam wysiłek o coś, nawet jak się to coś nie uda, jest wygraną. 
Wygraną wiary nad poddaniem.
I nawet jak stracimy wszystko...
z dnia na dzień...
czy też w długim procesie...
to zawsze pozostaje nam wiara i nadzieja. Tego nikt i nic nam nie odbierze. Bo "umiera ostania" oznacza dla mnie, że umiera tuż po mnie. 

I że trzeba uczyć się całe życie.... żyć.  




6 września 2014

Niagara



Chciałabym coś napisać o Niagarze, o Kanadzie, o hotelu w którym mieszkaliśmy, o tym jaka byłam mokra od wody i łez jak już zobaczyłam wodospad z bliska. I o tym jak Zosia płakała całą drogę na statku. I że poznaliśmy fajną rodzinę Polaków nad tym wodospadem. I że gorąco było. I że...

19 sierpnia 2014

pod koniec


Dni wakacji mijają. Upał w dzień. Chłód wieczorem. Myśli się ciężej niż jesienią. Widzi się dobitniej. Jakby endorfinami. Chce się więcej, choć ten upał. Ale wiadomo, że jesienią będzie chciało się mniej więc tak na zapas się chce. 
I przeżywa się bardziej te resztki lata. 
I dziś pomyślałam, że resztki są zawsze najważniejsze. I że to bez sensu. Mocniej uwielbiać czy doceniać coś bo zaraz tego nie będzie? 
Ale co zrobić... człowiek jest tak skonstruowany, że jak ma czegoś dużo to o tym nie myśli. Myśli, jak już się coś kończy. I wtedy nachapać się nie może. I wtedy mu mało. No mało, mało, jak do głowy mu przychodzi piękno pod koniec. 

I niby każdy z nas ma kontrolę. Nad życiem. Nad sobą. Nad radością i rozpaczą. A nad głupim latem mieć ciężko. Jak się człowiek pokapował pod koniec sierpnia, że tyle jeszcze się chce zobaczyć, przeżyć, zwiedzić... a tu już tornistry czas pakować i drewno do kominka zamawiać. 

Żeby tylko jesień umieć od samego początku widzieć jak pod koniec. 



Nasze zdjęcia z Atlantic City, New Jersey. 





















iwona wisniewska

14 sierpnia 2014

somewhere over the rainbow










Tragizm człowieka pesymisty polega na tym, że cokolwiek mu powiesz, jakiekolwiek argumenty przedstawisz, on nigdy nie postara się zrozumieć,
bo on swoje wie,
bo jemu nie zdarzają się przecież piękne momenty, 
bo to życie takie jest jakie jest. I pod górę ciągle. I nie ma co nawet zaczynać szukać szczęścia, bo przecież w jego przypadku niemożliwe jest znaleźć. 
Bo inni nic nie wiedzą o życiu. Nic nie rozumieją. Bo oni tylko umieją mu dokopać tymi swoimi mądrościami. Pogrążyć. Zdołować.